czwartek, 02 października 2014

Aktualności

Wasilewscy z Wasilewa nad Bugiem

 

 

 

 

Wasilewscy z Wasilewa nad Bugiem

Najwcześniejsze źródła pisane świadczą o tym, że była to wieś kościelna i dopiero w XV w. Wasilew nad Bugiem przeszedł w ręce szlachty.

Jarosław Maciej Zawadzki w książce „1000 najpopularniejszych nazwisk w Polsce” wymienia Wasilewskich, których jest w naszym kraju blisko 28 tys., z czego w byłym województwie siedleckim 527 osób. Pochodzenie nazwiska zaś tak tłumaczy: „Wasilewski od imienia Wasyl, Wasilij, może od wasala – poddanego w ustroju feudalnym; nazwy topograficzne z rdzeniem wasyl–, np. Wasile, Wasilew.”


Najstarsze wiadomości

Pierwsze informacje o Wasilewie nad Bugiem pochodzą z końca XIV w. W 1388 r. wieś ta została nadana przez wielkiego księcia litewskiego Witolda biskupom wileńskim. Nie wiemy ile czasu dobrami zarządzał kościół, ale faktem jest, że w kolejnym stuleciu piętnastym majątek ten wrócił bezpośrednio do rąk władców Litwy i został ponownie nadany. Tym razem otrzymała go szlachta posługująca się herbem Drzewica. Jej przedstawiciele przybrali od majętności nazwisko rodowe Wasilewscy, zachowując jednocześnie stary klejnot szlachecki Drzewicę. Najstarsze wzmianki o Wasilewskich z Wasilewa, jakie zachowały się w aktach sądowych kancelarii drohiczyńskiej pochodzą dopiero z drugiej połowy XV w. i wymieniają kolejno w latach 1464–83 Mikołaja, Macieja, Bartłomieja, Klemensa, Macieja i Bartosza Wasilewskich z Wasilewa.

Wasilewscy z Wasilewa

Co się tyczy przeszłości tego rodu podlaskiego, to Aleksander Jabłonowski podaje, że w 1528 r. Wasilewscy z Wasilewa wystawili na przegląd wojskowy do Drohiczyna poczet dwóch konnych żołnierzy, a w 1580 r. podatek z dóbr Wasilewo odprowadził „szlachetny Łukasz Wasilewski wraz z cześnikami swoimi od 5 włók ziemskich”. W międzyczasie Wasilewscy w liczbie 11 prezentowali się w 1567 r. na paradzie wojskowej w Drohiczynie, a w 1569 r. siedmiu z nich złożyło przysięgę na wierność Koronie.

Niesiecki o rodzie

Heraldyk Kacper Niesiecki pisał o rodzie Wasilewskich z Wasilewa nad Bugiem się wywodzącym: „Wasilewski herbu Drzewica w wołyńskim województwie, z ziemi drohickiej, przydomek mają „Chochlik”. Walenty dziedzic na Wasilewie Wasilewski z Doroty Rutkowianki spłodził syna Marcina, ten z Kuczyńskiej – Stefana, o czym transakcje świadczą w księgach drohickich 1600 r., 1620 r., 1630 r. Stefan z dwóch żon Zawadzkiej i Rylskiej zostawił Teofila, Jędrzeja, Tomasza – młodo zmarłych. Jan w zakonie św. Franciszka. Mikołaja, Adama Franciszka – pisarza ziemskiego krzemienieckiego – jemu Angela Wilczopolska powiła te dzieci: Józefa i Aleksandra, Annę Głuchowską, Teresę – zakonnicę karmelitankę i Mariannę. Franciszek Wasilewski archidiakon łęczycki. Wawrzyniec z Wasilewa Wasilewski z Marianną Niewieścińską herbu Pogonia ożeniony miał dwóch synów: Wawrzyńca i Wojciecha. Ten Wojciech z Marianną Brzozewską spłodził dwóch synów: Józefa i Aleksandra – łowczego chęcińskiego, który miał żonę z województwa krakowskiego Antoninę Łęgoborską herbu Śreniawa, z tą spłodził synów trzech: Adama, Jana i Aleksego.”

Są w spisach szlachty

Historyk Grzegorz Welik w spisie ziemian guberni siedleckiej, powiatu sokołowskiego w 1888 r. wzmiankuje Edwarda Wasilewskiego, właściciela majątku ziemskiego Zalesie. Zaś „Spis szlachty Królestwa Polskiego” Pawliszczewa (z 1851 r.) wymienia kolejno takich oto Wasilewskich herbu Drzewica: Jana Jakuba - syna Franciszka Ksawerego; Władysława Piotra i Jana Kantego Łukasza – synów Aleksandra; Wojciecha – syna Jana; Grzegorza Felicjana – syna Jakuba; Piotra Pawła – syna Jana; Franciszka- syna Jakuba, a wnuka Łukasza; także Walentego, Szymona, Jana Nepomucena, Feliksa i Fryderyka Aleksandra – synów Andrzeja; Franciszka – syna Jakuba, a wnuka Wojciecha; Jana Ignacego – syna Jakuba; oraz Wasilewskiego (a Paulo) – syna Aleksandra.

Współcześnie Wasilewscy mieszkają w powiecie sokołowskim m.in. w Sokołowie, na Koloniach Czaple, w Mołomotkach, Nowomodnej, Ostrówku, Wasilewie Szlacheckim i Wasilewie Skrzeszewskim, Wyrozębach Konatach i Wyrozębach Podawcach oraz w Ząbkowie.

DARIUSZ KOSIERADZKI

 

 

 

Dane uzupełniające:

Najstarsze zapiski

 

(dzięki uprzejmości Tomasza Jaszczołta)

Wieś Wasilewo (Wasilew nad Bugiem) w 1388 r. została nadana przez księcia Witolda biskupowi wileńskiemu, jednak potem wróciła w ręce tego władcy i została nadana rycerstwu herbu Drzewica.

1464 r. Mikołaj, Maciej i Bartłomiej z Wasilewa
1471 r. Bartłomiej z Wasilewa
1476 r. Klemens Wasilewski i  Wojciech z Wasilewa
1477 r. Bartłomiej z Wasilewa
1479 r. Maciej Wasilewski i Bartłomiej Wasilewski z bratem Wojcieche
1483 r. Bartosz Wasilewski

Popis pospolitego ruszenia 1567 r. Radoszkowice na Białorusi:

Wasilewo:

Piotr Soczewczyk - klacz, rohatyna
Urban syn Więcława - pieszo, rohatyna
Benedykt? syn Marcina wysłał syna Łukasza - klacz
Andrzej syn Mikołaja - klacz, miecz
Maciej syn Stanisława - klacz, rohatyna
Tomasz syn Macieja  - pieszo, miecz
Stanisław syn Szczęsnego - pieszo, miecz
Stanisław syn Pawła - klacz, miecz
Wojciech syn Więcława - klacz, miecz
Stanisław syn Macieja - pieszo, miecz



W 1569 r. przysięgę na wierność Koronie po przyłączeniu województwa podlaskiego do Polski składało 7 członków rodziny

1580 r. podatek w imieniu pozostałych opłacił z 5 włók ziemskich Łukasz Wasilewski

w 1676 r. w Wasilewie mieszkało tylko dwie rodziny Wasilewskich. 

wiecej patrz:  www.wasilewski.nets.pl

 

 

Poprawiony (czwartek, 16 września 2010 11:47)

 

Henryk Oleksiak - "Wichura"

 

Wichura wszedł na stopień bryczki, którą jechał zarządca Sulerzycki. Ten nie dał się jednak zaskoczyć. Wyciągnął błyskawicznie pistolet zza pazuchy i strzelił prosto w głowę Oleksiaka. Wichura śmiertelnie ranny stoczył się zalany krwią na ziemię.

Wspomnienie o żołnierzu Armii Krajowej – Henryku Oleksiaku

Ten człowiek był jak nieokiełznana „Wichura”

Było upalne popołudnie 15 lipca 1943 roku. O godzinie 16.00 ze stacji kolejowej w Sokołowie Podlaskim odprawiono właśnie w kierunku Siedlec niemiecki pociąg. Długi sznur wagonów ciągnięty przez parowóz powoli zbliżał się do Bielan. Na to tylko czekało czternastu partyzantów.

W jednym z wagonów osobowych znajdowało się dwóch zakonspirowanych żołnierzy AK, Wacław Gałecki oraz Aleksander Adamczuk mających przeprowadzić rozpoznanie. Resztę oddziału dowodzący akcją Henryk Oleksiak pseudonim „Wichura” rozlokował w dwóch grupach. Pierwsza licząca pięciu ludzi miała opanować wagon pocztowy i zagarnąć znajdujące się tam pieniądze. Druga w sile sześciu partyzantów osłaniała całą akcję i miała wkroczyć do działań jedynie w przypadku niebezpieczeństwa grożącego pozostałym. Nie wszytko ułożyło się jednak pomyślnie.

Jak się okazało w części składu jechali niemieccy żołnierze. Gałecki z Adamczukiem sygnalizowali zagrożenie, ale Wichura nie zważając na komplikacje dał sygnał do rozpoczęcia akcji.
 

Jak w westernie!

 

Zaczęło się brawurowo. Oleksiak grożąc zawiadowcy w Bielanach pistoletem i odbierając mu czapkę wraz z lizakiem przejął kontrolę na odprawieniem pociągu. W międzyczasie do wagonu pocztowego dostała się wyznaczona grupa, która obezwładniła jego obsługę. Sprawnie poszło też opróżnienie kasy. Kiedy okazało się, że wszyscy partyzanci opuścili już pociąg Wichura teraz zawiadowca, jakby nigdy nic dał sygnał maszyniście do odjazd i skład ruszył!

Dopiero po pewnej chwili z ambulansu pocztowego rozległy się alarmujące krzyki. Ktoś zerwał hamulec ręczny, rozległ się pisk i zgrzyt zatrzymywanego pociągu. W wagonach zajmowanych przez żołnierzy niemieckich wszczęło się zamieszanie, w oknach pojawiły się karabiny. Za uchodzącymi w kierunku pobliskiego lasu partyzantami posypał się grad kul. Na szczęście na tyle chaotyczny i niecelny, że ludzie Wichury ostrzeliwując się i kryjąc, bezpiecznie zmierzali w kierunku zbawczych drzew. Jak na razie nikt ich nie gonił, bo hitlerowcy nie znając sił rebeliantów pozostawali w wagonach.

Sytuacja uległa radykalnej zmianie na gorsze, kiedy od strony Sokołowa nadjechała lokomotywa załadowana niemiecką żandarmerią, a pobliską szosą zaczęły zbliżać się samochody ciężarowe wypełnione żołdakami. Polacy znaleźli się tym samym w potrzasku, jeszcze chwila i pętla okrążenia zacisnęła by się zupełnie, a z powstałego kotła nikt żywy by nie uszedł.

Partyzanci zastosowali wtedy sprawdzoną i skuteczną taktykę – rozpierzchli się. Choć na pierwszy rzut wyglądało to na paniczną ucieczkę, to faktycznie grup wykonywały z zimnym spokojem wcześniej założone działania. Zrabowaną kasę wraz z kilkoma ludźmi do ochrony przejął sam Wichura zmierzając w kierunku Kudelczyna, by ostatecznie zaszyć się w dość odległej Kamiance.

 

 

 

 

Nie wszystkim się jednak udało, w czasie ucieczki poległ Zygmunt Czub. Niemcy przeszukali trupa, na nieszczęście okazało się, że w kieszeniach marynarki siedzą dokumenty. Konsekwencją nieostrożności zabitego akowca było spalenie zagrody jego rodzinny na Wyrębie. Czubowie uratowali się w ostatniej chwili uciekając na widok nadjeżdżającego wojska.

Pomimo straty jednego człowieka, Wichura mógł być zadowolony z przeprowadzonej akcji. Inna sprawa, że musiał się potem gęsto tłumaczyć przed zwierzchnikami i przeprowadzonych bez ich zgody działań bojowych.

Była to postać nietuzinkowa, choć nic początkowo nie zapowiadało, że Wichura stanie się jednym z pierwszych żołnierzy antyhitlerowskiego podziemia na Podlasiu. Henryk Wincenty Oleksiak urodził się 17 września 1910 r. w Częstochowie. Jego rodzice przenieśli się jednak w okolice Sokołowa Podlaskiego i zamieszkali po I wojnie światowej na Przeździatce. Ukończył sześć klas w miejscowym Gimnazjum Salezjański. Zmobilizowany w 1939 r. awansował na plutonowego w Mazowieckiej Brygadzie Kawalerii i brał udział w wojnie obronnej. Po powrocie w rodzinne strony włączył się do walki konspiracyjnej z niemieckim okupantem, rychło zostając dowódcą drużyny z Kudelczyna, a potem dowódcą oddziału Kedywu.
 

Zabić Gramssa!

 

Do legendy przeszły zorganizowane przez niego akcje sabotażowo – dywersyjne i bojowe. Wśród nich na uwagę zasługują zwłaszcza kilka np. te mające na celu zgładzenie znienawidzonego starosty sokołowskiego Ernesta Gramssa. Pomimo, że nie udało się zabić osławionego kata Podlasia to udowodnił w ten sposób, że nawet najwyższy rangą hitlerowski oficer nie może się czuć w pełni bezpiecznie na zarządzanym przez siebie terenie.

Do końca życia nie zapomniał chyba Gramss napadu na własną silnie strzeżoną siedzibę w Sokołowie. Był to z kolei trzeci zamach przeprowadzony na tego urzędnika niemieckiego i miał miejsce 26 X 1943 r. Wichura oczywiście zaplanował wszystko sam z najbliższymi sobie współpracownikami nie informując o swoich zamierzeniach przełożonych i bez ich zgody wciągnął do tego akowców z sąsiedniego powiatu węgrowskiego, którzy mieli go ubezpieczać z tamtej strony. Do bezpośredniego wykonania zadania zaangażował znaczne siły, bo aż 22 uzbrojonych partyzantów.

Ciemną, październikową nocą akowcy sforsowali najeżony zasiekami przypałacowy mur w starej rezydencji Malewiczów na Przeździatce, gdzie rezydował starosta Gramss. Sprawnie i cicho rozbrojono następnie dwóch strażników przy bramie i zaskoczono we śnie kolejnych kilkunastu na wartowni. Tam zdobyto szczegółowe informacje o rozlokowaniu innych ważnych obiektów i dokładnym miejscu, gdzie znajduje się sypialnia Gramssa. Zamknięte drzwi rezydencji pałacowej otwarto wybijając boczną szybę. Nie ma sensu zachowywać dalej ciszy. Postaje tumult i zamieszanie w ciemnościach holu budynku. Hałas budzi znajdujących się w środku Niemców, w tym i starostę. Partyzanci z Wichurą na czele przypuszczają szturm na zabarykadowaną sypialnię skąd zaczyna się ostrzeliwać przez ściany i drzwi przerażony Gramss. Wreszcie salwuje się ucieczką przez okno do parku dworskiego. Oleksiak ranny w bok słyszy włączoną syrenę alarmową, przez okna widać wystrzeliwane rakiety rozjaśniające nocne niebo. Nie ma dalej co zwlekać, zaraz okolica zaroi się nieprzyjacielskim wojskiem. Daje sygnał do ewakuacji. Oddział szczęśliwie wycofuje się na Las Przeździecki. Przybyła na miejsce żandarmeria nie ma już z kim walczyć.
 

Poległ w akcji

 

Wiele ryzykownych, a wręcz szaleńczych misji musiało wcześniej czy później przyczynić się do tego, że Wichura zginął podczas wykonywania niebezpiecznego zadania. Jednak uniknął schwytania, pokazowej egzekucji, czy też niegodnej śmierci w którymś z hitlerowskich obozów zagłady.

Nic nie zapowiadało tego, że 6 grudnia 1943 r. okaże się ostatnim dniem życia Henryka Oleksiaka.

To miała być bowiem jedna z tych samorzutnych akcji, nie uzgodniona z władzami AK. Chodziło w niej o wykonanie wyroku na zarządcy przejętych przez Niemców majątków Paulinów i Seroczynek – Eugeniuszu Sulerzyckim, Polaku wysiedlonym wraz z rodziną z Wielkopolski. Choć Oleksiak parokrotnie zasadzał się na Sulerzyckiego jak do tej pory nie udało mu się nawet go zadrasnąć. Akcje okazywały się pechowe, jak gdyby stanowiły przestrogę dla Wichury. Ten jednak nic z tego sobie nie robił. Na początku grudnia zaplanowano próbę kolejnego wykonania wyroku. Wraz z Witoldem Ręczmieniem Oleksiak zasadził się na wracającego z majątku powozem Szulerzyckiego. Ten nie dał się zaskoczyć, choć do zabudowań folwarcznych nie było wszak daleko i kiedy partyzanci zatrzymali bryczkę, a Wichura wszedł na stopień Sulerzycki wyciągnął błyskawicznie pistolet zza pazuchy i strzelił prosto w głowę Oleksiaka. Wichura stoczył się zalany krwią na ziemię, konie wystraszone wystrzałem poniosły powóz ratując tym samym zarządcę przed towarzyszem Oleksiaka. Zresztą ten widząc co się stało rzucił się na pomoc ciężko rannemu Wichurze. Na odgłos strzelaniny jak spod ziemi na drodze wyrośli niemieccy żołnierze biegnąc zbliżali się coraz bliżej do partyzantów. Wtedy Oleksiak zmusił Ręczmienia by ten go dobił i dalej ratował się sam. Był to ostatni moment na skuteczną ucieczkę i „Mak” skorzystał szczęśliwie z niej.

 

Natychmiast też Niemcy donieśli o zabiciu Wichury staroście Gramssowi. Ten nie bez powodu przydzielił potem Sulerzyckiemu jako stałą, prywatną ochronę 12 żołnierzy, gdyż podejmowano jeszcze bezskuteczne akcje odwetowe wymierzone w jego osobę.

 

Pamiętamy o nim

 

Wiele osób nawet z kręgu „Wichury” kwestionowało zasadność działań w celu zgładzenia zarządcy Sulerzyckiego. Zwłaszcza, że człowiek ten wykorzystując swoje stanowisko niejednokrotnie pomagał Polakom prześladowanym przez hitlerowców, ale nie zmieniało to faktu iż współpracował z okupantami, a to Oleksiakowi wystarczało aż nadto. Wszystkim też znany był zaś gwałtowny charakter i porywczy temperament Oleksiaka, częsta samowola i dążenie do przeprowadzania akcji własnymi siłami bez wcześniejszego uzgodnienia ich z miejscowym dowództwem AK. Z drugiej strony nikt nie śmiał głośno kwestionować jego patriotyzmu, oddania sprawie i ustawicznego stawiania przez „Wichurę” swego życia na szali.

Oleksiak był jak ta nieokiełznana wichura, ale potrafił też jak nikt inny skupić wokół siebie chętnych do czynnej walki, gotowych pójść za nim nawet w ogień. Jego zalety i predyspozycje w czasie pokoju nie mogły się w pełni ujawnić z przyczyn oczywistych, ale kiedy nadarzyła się okazja podczas wojny i okupacji oddał dla kraju nieocenione zasługi. Historia Polski znała wielu takich ludzi, których talenty odpowiednio ukierunkowane wykorzystywane były tak jak należało – do bezpardonowej walki z wrogiem. Zginął bohatersko za wolną Polskę i taki pozostał w naszej pamięci.

DARIUSZ KOSIERADZKI

fot. archiwa rodziny Oleksiaków

 

patrz też http://fotografika.i-csa.com/sokolow/historia_i_legendy/jan_kurc.html

 

 

 

Poprawiony (sobota, 18 września 2010 08:59)

 

Z dziejów parafii w Seroczynie

 

Drewniana cerkiew unicka w Seroczynie w XIX w. była kilkakrotnie remontowana i przebudowywana m.in. staraniem księdza unickiego Nikona Dyakowskiego (1849r.) oraz przez popa prawosławnego Seweryna Mogielnickiego w l. 1878-1888.


Skarbiec Ziemi Sokołowskiej Z dziejów parafii w Seroczynie

Buntowniczego proboszcza Nikona wywieziono w głąb Rosji


Od dawnych czasów okoliczne ziemie zamieszkiwali bojarowie ruscy posiadający wiele obowiązków na rzecz państwa, ale wyposażeni też w pewne przywileje. Ich sytuacja uległa radykalnej zmianie na gorsze w XVI w.


Już na przełomie XIV/XV w. napłynęła na Podlasie nowa rzesza osadników z Polski, głównie drobnej szlachty, która poczęła usuwać w cień dotychczasowych właścicieli, oraz zmieniać panujące stosunki społeczne. Balansujący do tej pory na granicy dwóch stanów bojarowie powoli stawali się zwykłym chłopstwem, choć trzeba zaznaczyć, że niektórym z nich, zwłaszcza tym bogatszym udało się wykorzystać sprzyjającą koniunkturę i wejść w szeregi szlachty. Proces ten nie był nagły i ciągnął się przez stulecia. Początkowo skutecznie hamował go wielki książę litewski Witold, który poczynił w 1 poł. XV w. wiele nadań i przywilejów np. zrównanie w prawach ze szlachtą polską dla bojarów putnych m.in. z Seroczyna. Większość z bojarów seroczyńskich niestety nie sprostała nowemu. Jeszcze w latach 1553-1569 wymienia się w pismach kancelarii drohiczyńskiej szereg okolicznych bojarów ruskiego pochodzenia, którzy zostali zapisani w dokumentach urzędowych. Na uwagę zasługuje zwłaszcza wzmianka z 5 czerwca 1553 r., gdzie podano kilku z nich właścicieli części gruntów w Seroczynie i Łazowie tj. Mikołaja, Iwana, Hrycza, Chwierdora, Kuśmę i Oniska.


Dworzec alias Syroczyno


W stuleciu piętnastym właścicielem znacznej części ziemi w Seroczynie był Jan Chądzyński herbu Ciołek. Od pewnego czasu myślał on o sprzedaży tutejszego majątku i w 1463 r. odstąpił ją dziedzicowi z Miedznej Stanisławowi Karskiemu (1441-1479) herbu Korab. W 1479 r. Stanisław Karski tytułował się dziedzicem Miedznej, Orzeszówki, Tchórzowej Woli, Ugoszczy i „Dworca alias Syroczyno.” Pod tą samą datą w dokumentach występuje też niejaki Jakub Waszkiewicz Syroczyński, który został pozwany do sądu przez męża swej siostry Jakuba „Nagórkę” Mężyńskiego. Kolejnymi panami na tych ziemiach byli na początku XVI w. Klimczyccy i to od nich dobra przeszły w ręce Piotra Kiszki herbu Dąbrowa, wojewody połockiego (1519-1532) i starosty drohickiego (1522-1532), zresztą niedalekiego sąsiada, bo dziedzica ze Sterdyni. Część ziemi posiadali w Seroczynie również Chądzyńscy. W 1569 r. podczas popisu pospolitego ruszenia odnotowano obecność Piotra Chądzyńskiego, dziedzica z Seroczyna, który stanął na przegląd również jako reprezentant swego chorego brata.

Jak się wydaje miejscowa ludność wyznania prawosławnego początkowo uczęszczała na nabożeństwa do cerkwi łazowskiej, tu też odprowadzano dziesięcinę. Działo się tak aż do 1596 r. wtedy to wnuk Piotra – starosta drohicki Mikołaj Kiszka (1565-1620) herbu Dąbrowa ufundował pierwszą drewnianą świątynię prawosławną i wyposażył miejscowego popa, wydał też odpowiedni przywilej datowany na 31 maja 1596 r.

 

Musiało upłyną jeszcze kilkanaście lat zanim wierni wraz z duchownym za zgodą dziedzica podjęli decyzję o przystąpieniu do unii kościelnej z rzymskimi – katolikami. Stało się to w 1611 r. Wtedy też dokonano erekcji parafii w Seroczynie. Pierwszym proboszczem został ksiądz Jan Wierzbowicz, który odebrał od właściciela dóbr wyżej wymienionego Mikołaja Kiszkę, syna wojewody podlaskiego Mikołaja (zm.1587) specjalny dokument z przywilejami i nadaniami na rzecz cerkwi unickiej w Seroczynie.


Kolejni fundatorzy i dobrodzieje


W 1670 r. wybudowano drugą z kolei cerkiew w Seroczynie pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Fundatorem był dziedzic ze Sterdyni, wojewoda podlaski Zbigniew Ossoliński, a nad pracami czuwał ówczesny proboszcz ks. Paweł Hotowicki (1670-1683). Odpowiedni dokument fundacyjny porządkujący materialne sprawy parafii, czyli zatwierdzający dotychczasowe przywileje i nadający nowe wpisano do ksiąg sądowych drohickich w 1674 r. Dobrodzieje Ossolińscy jeszcze wielokrotnie w stuleciu osiemnastym wspierali cerkiew seroczyńską, której byli kolatorami. Dużą hojnością wykazał się spośród nich zwłaszcza wnuk wojewody Zbigniewa – starosta drohicki, hrabia Jan Stanisław Ossoliński (zm. 1770 r.), odnotowany w dokumentach parafialnych w 1757 r.

Na początku XIX w. postanowiono dostosować starą świątynię unicką w Seroczynie do wymogów architektury katolickiej. W 1822 r. dobudowano do kościoła część wyjściową, a przy okazji nieco podreperowano naruszony zębem czasu budynek. Nie na wiele się to jednak zdało, bo już kilkanaście lat później wynikała potrzeba gruntownej przebudowy tego obiektu. Trudu tego podjął się proboszcz seroczyńsko-łazowski, administrator w latach 1844 - 1868 ks. Nikon Dyakowski (1779-1875). To on wyjednał na ten szczytny cel pieniądze i wsparcie u dziedziców Sterdyni Pauliny z hrabiów Krasińskich i jej męża Ludwika Górskiego. Intensywne prace budowlano – remontowe ruszyły pełną parą w 1849 r. Z tego okresu pochodzi też stojąca do dziś drewniana dzwonnica konstrukcji słupowej.


Ciężkie czasy prześladowań


Wybuchło powstanie styczniowe, zwłaszcza ciężkie walki partyzanckie toczyły się na terenach Podlasia. Do zbrojnego zrywu włączyło się wielu unitów, a ich duchowni śmiałymi kazaniami nawoływali naród do walki z zaborcą rosyjskim. Jak się okazało miało to mieć brzemienne w skutkach następstwa dla greko – katolików. Rychło okazało się, że carat zamierza wykorzystać dogodną chwilę i wykorzystując moment zastosował drastyczne sankcje wobec unitów. Bezprawnie zlikwidowano unię kościelną od trzystu lat będącą filarem wspólnego w miarę zgodnego współżycia większości podlaskiej ludności. Represje dotknęły księży unickich twardo broniących wiary. Za swój patriotyzm przyszło zapłacić też duchownemu z Seroczyna ks. Nikonowi. Aresztowano go w 1868 r. i deportowano najpierw do radomia a stamtąd w głąb Rosji do Nowogrodu. W 1875 r. cerkiew seroczyńską zamieniono na prawosławną, większość zastraszonych wiernych przystąpiła pozornie do prawosławia. W miejsce buntowniczego proboszcza Nikona Dyakowskiego przyszedł na parafię dawny duchowny unicki, a teraz prawosławny ks. Seweryn Mogielnicki (1853-1889), który był całkowicie uległy wobec władz rosyjskich. Dla posłusznych woli cara były specjalne przywileje, sypnęły się też pieniądze. Tak stało się i w Seroczynie. Nowy proboszcz niemal natychmiast otrzymał wsparcie materialne od zaborców dzięki czemu mógł sobi8e pozwolić na przeprowadzenie kolejnych inwestycji. W 1878 r. pop Mogielnicki wymienił pokrycie dachowe na świątyni, dostosował też stary kościół do wymagań obrządku prawosławnego. Kolejną inwestycją, którą przeprowadził ów przed swoją śmiercią w 1889 r. była budowa kopuły i wymiana fundamentu na ceglany.

Prawosławnym śladem jest bez wątpienia nagrobna, żelazna płyta znajdująca się za kościołem, pochowano tu zmarłego w 1895 r. Mikołaja Lisowskiego. Żywa jest też pamięć o bohaterskim proboszczu Nikonie Dyakowskim i Unitach Podlaskich, czego dowodem może być upamiętniająca ich tablica i rzeźba ufundowane w 2000 r.


Czasy współczesne


Prawosławi utrzymywało się pozornie w Seroczynie do 1915 r. Wraz z opuszczeniem przez wojska rosyjskie i carską administrację terenów Królestwa Polskiego odżyły nadzieje byłych unitów na wolność religijną. W chwili odzyskania niepodległości przez Polskę w 1918 r. świątynia seroczyńska została zwrócona katolikom, co potwierdził jeszcze w 1921 r. biskup Henryk Przeździecki podnosząc tę placówkę do rangi samodzielnej parafii. Stara, drewniana świątyni, ustawicznie remontowana i odnawiana służyła wiernym aż do początku lat dziewięćdziesiątych XX w. W międzyczasie stanęła piętrowa, murowana plebania, wystawiona w latach 1986-1987 przez proboszcza ks. Zdzisława Młynarskiego. Niedługo później zaistniała możliwość spełnienia marzeń kolejnych proboszczów seroczyńskich i mieszkańców wsi. Postanowiono wybudować nowy, murowany kościół parafialny. Na uroczystość wmurowania kamienia węgielnego, które miało miejsce 14 września 1991 r. przybył biskup siedlecki ks. Jan Mazur. Prace budowlane i wykończeniowe trwały trzy lata, zaangażowali się w nie niezwykle ofiarnie parafianie i proboszcz Bogusław Bukowicki. Wreszcie w święto Podwyższenia Krzyża Świętego w 1993 r. w obecności aż trzech biskupów dokonano uroczystej konsekracji kościoła seroczyńskiego.

Miejscowi szczycą się też swoim rodakiem, bowiem z parafii seroczyńskiej pochodzi ks. Jan Kazimierz Wilk biskup diecezji Formosa w Brazylii.

Jadąc drogą z Seroczyna do Szwejk nie da się nie zauważyć znajdujących się poniżej pnącej się do góry szosy zabudowań zespołu parafialnego. Widok jest naprawdę wspaniały.

DARIUSZ KOSIERADZKI

fot. Dariusz Kosieradzki

 

 



Poprawiony (sobota, 18 września 2010 09:00)

 

Salezjanie w Sokołowie Podlaskim

 

 

 

 

Salezjanie

Przybyli by wychowywać w Sokołowie oraz regionie dzieci i młodzież

To jedna z najmłodszych parafii na terenie powiatu

Negocjacje władz miejskich Sokołowa Podlaskiego z władzami Zgromadzenia Salezjańskiego w Polsce trwały zaledwie kilka miesięcy. Ich efektem było wystosowanie przez radę miejską w lipcu 1925 r. oficjalnego zaproszenia dla salezjanów.

Cel mającej się rozpocząć tego roku misji salezjańskiej w mieście i regionie był wszystkim powszechnie znany. Chodziło głównie o przejęcie prowadzenia założonego kilka lat wcześniej w Sokołowie Gimnazjum im. H. Sienkiewicza, które przeżywało wówczas kłopoty zarówno kadrowe, jak i lokalowe. Salezjanie znani byli już wówczas ze swojej działalności oświatowo – wychowawczej w Polsce i – jak się okazało – wybór był jak najbardziej słuszny, choć i krytyki nie brakowało.


Salezjanie w Sokołowie

 

Oprócz pracy z dziećmi i młodzieżą księża salezjanie bynajmniej nie zaniechali prowadzenia równocześnie pracy duszpasterskiej. W latach 20. XX w. koncentrowała się ona wokół kaplicy pw. Marii Wspomożycielki Wiernych. Na budowę kościoła przyszło poczekać ponad dziesięć lat.

Już rok po sprowadzeniu się salezjanów do naszego miasta, w maju 1926 r. uroczyście otwarto Dom Zakonny Towarzystwa Salezjańskiego w Sokołowie. Pięć lat później nie lada wydarzeniem dla samych salezjanów, jak i sokołowian było sprowadzenie do nas relikwii św. Jana Bosco, co też uczcił magistrat nadając ulicy przy której mieszkali salezjanie nazwę ich założyciela.

Głosy krytyki wśród przeciwników oddawania oświaty miejskiej w ręce Kościoła wzmogły się zwłaszcza w 1935 r., kiedy dotychczasową koedukacyjną szkołę zamieniono na czysto męską. Jednak w myśl modnych wówczas zasad bardziej chodziło o rozdzielenie, niż o zaniechanie nauczania dziewcząt. Dla tych ostatnich jeszcze w tym samym roku rozpoczęto budowę nowego budynku, tzw. Salezjańskiego Gimnazjum Żeńskiego a ich wychowaniem i kształceniem zajęły się siostry salezjanki.

Cały czas salezjanie w Sokołowie myśleli o budowie nowoczesnego kościoła z prawdziwego zdarzenia. Jednak z różnych przyczyn, głównie finansowych projekt ten odkładano. Budowa i utrzymanie szkół przez nich prowadzonych pochłaniały spore fundusze, których wbrew obiegowej wówczas opinii nie były wstanie pokryć dotacje państwowe i czesne uczniów.

Najpierw powstał projekt techniczny nowej, murowanej świątyni, a w 1935 r. ruszyły pierwsze prace budowlane. Kościół został zaprojektowany przez architekta warszawskiego Brunona Zborowskiego w stylu modernistycznym – frontem miej więcej w kierunku zachodnim.

Joanna Kotyńska-Stetkiewicz i Aneta Kułak tak opisują kościół salezjanów w nowej monografii Sokołowa Podlaskiego: „Jest to świątynia trójnawowa, pseudobazylikowa, o korpusie nawowym założonym na rzucie prostokąta, zamkniętym półkolistym prezbiterium. Nawa główna nakryta jest dachem dwuspadowym, boczne jednopołaciowymi, prezbiterium półstożkowym. Prezbiterium otacza półkolisty wieniec pomieszczeń pomocniczych, nakrytych dachem pulpitowym, połączonych od południowego zachodu z budynkiem zakonnym. Do fasady kościoła dostawiona jest od wschodu czworoboczna wieża. Wieńczy ją ażurowa latarnia nakryta niskim hełmem, ustawiona na niewielkim czworobocznym segmencie otoczonym balkonem. Poniżej znajdują się prostokątne otwory głosowe, po jednym w każdej elewacji. Na wysokości portyku fasady wykuto niszę z balkonem osłoniętym daszkiem, mieszczącym figurkę matki Bożej. Poprzedzający fasadę portyk jest wsparty na czterech słupach”.


Budowali i wychowywali

Budowa kościoła pw. św. Jan Bosco trwała cztery lata. Prace ukończono w 1939 r. i świątynia została uroczyście konsekrowana przez samego kardynała ks. Augusta Hlonda. Ciekawostką było, że kardynał Hlond równocześnie poświęcił i kościół, i wspaniałe dwudziestojednogłosowe organy, które swoim przepięknym dźwiękiem wypełniały wnętrza świątyni. Nowoczesny jak na tamte czasy i nowatorski ołtarz główny w kościele zaprojektował na specjalne życzenie salezjanów z Sokołowa architekt Jan Kazera.

W chwili wybuchu II wojny światowej salezjanie posiadali w Sokołowie murowaną plebanię, kościół, dwa nowoczesne budynki szkolne mieszczące gimnazjum męskie i żeńskie znajdujące się przy ulicy ks. Bosco (późniejszy ZDZ) i na ulicy Polnej (późniejsza szkoła podstawowa nr 1) oraz szereg mniejszych zabudowań pomocniczych. Widać było gospodarność na każdym kroku i wtedy już tylko nieliczni kwestionowali zasadność sprowadzenia salezjanów do miasta.

Ciężkie czasy nadeszły na jesieni 1939 r. Większość zabudowań użyteczności publicznej zajęli okupanci na swoje potrzeby, zawieszono prowadzenie zajęć. Pomimo tego salezjanie zdecydowali się prowadzić tajne komplety. Dzięki temu spora ilość danych uczniów mogła się dalej kształcić. Koniec okupacji niemieckiej przyniósł ze sobą kolejny cios. Wycofujący się hitlerowcy podpalili budynek gimnazjum przy ulicy Bosco i tylko cud oraz przytomność umysłu ówczesnego dyrektora, ks. Józefa Strusa, uratowały od spalenia stojącą obok świątynię. Zwołani naprędce ludzie zdołali zerwać płonący dach.


Salezjanie kontra komuniści

Niespełna miesiąc później, we wrześniu 1944 r., salezjanie reaktywowali działalność Gimnazjum i Liceum w Sokołowie. Naukę rozpoczęto w budynku przy ulicy Polnej. Od razu nie spodobało się to władzy ludowej, jednak jeszcze wtedy komuniści nie działali otwarcie. Dopiero w 1948 r. wydano bezprawną decyzję o przejęciu budynku i zakazie nauczania. W budynku na Polnej rozpoczęła działalność szkoła podstawowa, choć ostatnie piętro i sutereny nadal pozostały częściowa własnością sióstr salezjanek, które jeszcze w latach 80. XX w. miały tam swoją główną siedzibę i prowadziły ochronkę dla dzieci oraz stołówkę. Jeden z gorliwych komunistycznie dyrektorów szkoły nie mogąc ścierpieć ich obecności nazwał siostry „kawkami”. Nawiązał do tego, że zakonnice mieszkały na poddaszu, a ich czarne habity zdobił biały wycinek na piersiach. Siostry jednak były dzielne i nie poddały się nieustannym szykanom ze strony władz oraz „podpuszczaniem” na nie dzieci. Wytrzymały i doczekały się upadku systemu.

Po upadku ustroju socjalistycznego w Polsce salezjanie szybko postarali się o wznowienie działalności oświatowo – wychowawczej. We wrześniu 1993 r. reaktywowano Liceum Salezjańskie, a w 1999 r. – Gimnazjum Salezjańskie. Początkowo zajęcia prowadzono w nowej, dużej plebani. Potem wybudowano nowoczesny gmach szkolny i salę gimnastyczną. Dziś uczęszcza tu znaczna liczba dzieci i młodzieży – nie tylko z Sokołowa i okolicy.


Piękno w prostocie

W międzyczasie zachodziły też zmiany w świątyni salezjańskiej i jej otoczeniu. W 1952 r. w bocznej kaplicy pw. Matki Bożej Wspomożenia Wiernych stanął drewniany ołtarz wykonany przez salezjanina, ks. Adama Skałbania. W 1974 r. wzniesiono ołtarz Najświętszego Serca Jezusowego. Dwa lat później położono w kościele mozaiki – dzieło innego salezjanina, ks. ks. Wincentego Kiliana. Jednak największe wrażenie na wiernych zrobiło wstawienie w 1996 r. witraży zaprojektowanych przez ks. Tadeusza Fudrynę. Całość pozwoliła na wniesienie do surowej nieco świątyni więcej kolorów, światła i sztuki nowoczesnej.

Parafię Salezjańską na terenie Sokołowa Podlaskiego erygował po prawie czterdziestu latach od erygowania kościoła biskup siedlecki ks. Jan Mazur. W latach 90. nastąpiła zmiana przynależności organizacyjnej i parafię włączono do nowego biskupstwa drohiczyńskiego.

Dziś historycy sztuki w fachowej literaturze tak opisują salezjańską świątynię w Sokołowie: „Wnętrze kościoła charakteryzuje surowość i prostota form. Nawy rozdzielone są dwoma rzędami prostych słupów, nakrywają je płaskie stropy, które w nawie środkowej i prezbiterium podzielone zostały na czworoboczne pola przy pomocy profilowanych listew. Balkon chóru muzycznego nadwieszony jest nad wszystkimi trzema nawami, nad bocznymi wysunięty ku wnętrzu kościoła, a w części środkowej wsparty na dwóch słupach. Otwór tęczowy ma kształt półkolistej arkady. Prezbiterium wypełnia ołtarz wykonany w technice mozaiki, z przedstawieniem św. Jana Bosco w zwieńczeniu. W podobny sposób wykonano ołtarze boczne: lewy z wyobrażeniem Serca Jezusowego adorowanego przez świętych: Jana Eudes, Małgorzatę Alacoque, Franciszka Salezego i Jana Bosco; prawy z personifikacją Kościoła i postaciami św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Archanioła Michała. Tematem witraży są również postacie świętych. Wyposażenie kościoła dopasowano do jego architektury: konfesjonały, żyrandole, a także stolarka drzwiowa mają proste kształty, pozbawione ornamentyki”.

 

 

DARIUSZ KOSIERADZKI 

fot. ks. Józef Grzywaczewski i Katarzyna Bukowicka - Karpińska 

Poprawiony (piątek, 10 grudnia 2010 11:30)

 

Bitwa o Skrzeszew

 

 

Atakowanych równocześnie z dwóch stron w Skrzeszewie kilkuset bolszewików poddaje się, reszta rzuca się do ucieczki. Podjęty pościg przynosi pożądany efekt. Zdobyte zostają tabory, bateria armat i jeńcy.


 

Nadbużańskie wsie Skrzeszew i Frankopol przechodziły z rąk do rąk walczących

Zażarta bitwa o most na Bugu

Drogą na Skrzeszew, w kierunku mostu i przeprawy pod Frankopolem sunęły kolejne kolumny sowieckiej piechoty, kawalerii, artylerii i taborów. Wśród oddziałów panowało poruszenie i niepewność sytuacji wywołana kolejnym atakiem Polaków na tyły maszerujących.


 

Była połowa sierpnia 1920 r., kiedy okazało się, że sowieckie armie natrafiły na nieprzewidziany, silny opór wojska polskiego na przedpolach stolicy. Zacięta i krwawa bitwa warszawska okrzyknięta później „cudem nad Wisłą” pozwoliła odepchnąć Rosjan i przejść do skutecznego kontrataku. W wyniku oskrzydlającego uderzenia przeprowadzonego znacznymi siłami z linii rzeki Wieprz dowództwu polskiemu udało się następnie zamknąć znaczne siły wroga w potrzasku. W szybkim tempie przednie oddziały posuwały się naprzód wyzwalając co raz to nowe wsie i miejscowości. Jednym z głównych kierunków odwrotu rosyjskiej XVI armii była droga prowadząca z Sokołowa na Drohiczyn nad Bugiem. Jak się okazało jej skuteczne zablokowanie miało fatalne następstwa dla przemieszczającego się nią wojska nieprzyjacielskiego.

 

 

Kawaleryjski rajd

Atak przeprowadzony przez IV armię wojsk polskich przeszedł najśmielsze oczekiwania dowództwa naczelnego, w krótkim czasie udało się wykonać główne założenia natarcia. Wśród operujących oddziałów znajdowały się m.in. 21 Dywizja Piechoty, 1 Dywizja Piechoty Legionów i operująca pomiędzy nimi Grupa Jazy Ochotniczej majora Feliksa Jaworskiego licząca ponad 500 szabel. Dowództwo wyznaczyło tej ostatniej zadanie zdobycia Międzyrzecza.

 

Oddział podzielony na trzy kolumny dowodzone kolejno przez rotmistrza Zapolskiego, podpułkownika Szmidta i porucznika Trzaskę-Jarzyńskiego wyruszył w nocy 17 sierpnia 1920 r. z Radzynia. Po drodze dwukrotnie udało się rozbić Polakom na szosie Turów – Międzyrzec, pod Kąkolewnicą sowiecką piechotę. Sam Międzyrzec zajęto w godzinach po południowych. Po krótkim wypoczynku, nad ranem, dnia następnego, o godzinie 3.00 jazda mjr Jaworskiego kieruje się na miejscowość Mordy, ta pada kilkanaście godzin później. Widząc słaby opór Rosjan zapada decyzja o przeprowadzeniu tzw. zagonu jazdą na znacznie dalszą odległość. Na podstawie zdobytych u jeńców i uciekinierów informacji Jaworski postanawia skierować się w rejon Sokołowa Podlaskiego i Skrzeszewa, by ostatecznie pokusić się o rzecz niewyobrażalną tj. zdobycie mostu na Bugu we Frankopolu.

Jako, że odległość do celu wynosiła około 30 km. A teren był bardzo nasycony cofającymi się jednostkami sowieckimi dowódca grupy decyduje o podziale jej na dwie mniejsze części. Pierwszą kolumną w skład której głównie wszedł IV Dywizjon 1 Pułku Strzelców Konnych, Jaworski dowodzi osobiście. Tu przydziela najlepsze konie i daje odpowiednie wsparcie ogniowe w postaci 4 kaemów. Cel dla niej to zdobycie przeprawy i opanowanie mostu na Bugu we Frankopolu. Jako ubezpieczenie dla swego oddziału wyznacza drugą grupę. Druga kolumna dowodzona przez podpułkownika Szmidta, składająca się z żołnierzy szwadronu karabinów maszynowych, czterech szwadronów 2 Pułku Lubelskiego Jazdy Ochotniczej i dwóch szwadronów 1 Pułku Wołyńskiego ma zdobyć leżący tuż przed Frankopolem – Skrzeszew.

Zdobycie Frankopola

W nocy z 18 na 19 sierpnia 1920 r. oddziały po cichu wchodzą na tereny powiatu sokołowskiego, w dalszym ciągu znajdujące się pod władzą Sowietów. Nieoczekiwany przewodnik, którym był syn właścicieli majątku Frankopol nad Bugiem, ochotnik – ułan Jan Gościcki bezbłędnie naprowadza żołnierzy na dogodne pozycje opodal mostu na rzece Bug. Chwila obserwacji i zdecydowane uderzenie całkowicie zaskakuje niczego nie spodziewającą się obsadę rosyjską mostu. Ten po krótkiej wymianie ognia wpada w polskie ręce. Krwawe jatki jakie miały miejsce przy umocnionych punktach oporu sowietów przyniosła jednak straty własne m.in. śmierć nieomal przed własnym domem ponosi niezrównany przewodnik ułan Gościcki. Pomimo chwilowego opanowania przeprawy dowódca zdaje sobie sprawę, że jej utrzymanie będzie nie lada sztuką. I rzeczywiście wkrótce odcięci od mostu Rosjanie znajdujący się w przeważającej liczbie z desperacją okrążonego wilka rzucają się do wściekłego szturmu na przeprawę. Widząc, że Polacy nie są w stanie sprostać przeciwnikowi i starając się uniknąć dalszych strat ranny mjr Jaworski daje sygnał do odwrotu. Żołnierze wycofują się i z Frankopola przechodzą w okolice sąsiedniej wsi Rudniki w dalszym ciągu wykorzystując sprzyjające ukształtowanie terenu prowadzą ogień w kierunku nadciągających , co raz to nowych kolumn nieprzyjacielskich, dowództwo obejmuje rotmistrz Zapolski.

Dopiero wczesnym rankiem 19 sierpnia podszedł pod wieś Skrzeszew oddział podpułkownika Szmidta, który już na wstępie zorientował się w niebezpiecznej sytuacji, jaka wytworzyła się pod Frankopolem. Nie zwlekając wysłał część swoich żołnierzy wspierając wycofujących się Polaków w kierunku Rudnik. Tam udaje się też drużyna ciężkich karabinów maszynowych z porucznikiem Aleksandrem Piotraszewskim. By dodatkowo zamieszać w szykach nieprzyjaciela decyduje się na atak na Skrzeszew.

Skrzeszew – z rąk do rąk

Natarciu na tą dużą, znacznie rozciągniętą wzdłuż szosy wieś sprzyja również mgła, która nie pozwala wrogom zorientować się w szczupłości sił polskich. Kawalerzyści zostawiają konie i pieszo uderzają na wroga. Ten dysponując kilkunastokrotną przewagą liczebną odpowiada kontruderzeniem, które jednak rozbija się dzięki otwarciu ognia przez ciężkie karabiny maszynowe Piotraszewskiego. Załamanie rosyjskiego ataku zostaje należycie wykorzystane i Polacy ponownie przystępują do uderzenia na północno-wschodnią część wsi Skrzeszew – tą od strony Frankopola. Atakowanych równocześnie z dwóch stron kilkuset bolszewików poddaje się, reszta rzuca się do ucieczki w kierunku Wirowa. Podjęty pościg przynosi pożądany efekt. Zdobyte zostają tabory, bateria armat i kolejni jeńcy. Tryumf wydaje się zupełny, ale są to tylko pozory.

Od strony Repek, szosą sokołowską nadchodzi bowiem kolejna, nowa kolumna marszowa sowietów. Ci zajmują wieś Skrzeszew opuszczoną wcześniej przez Polaków, którzy zdają sobie sprawę, że nie będą w stanie odeprzeć zmasowanego ataku. Przyczajenie się oddziałów polskich było dobrym pomysłem, kiedy bowiem główne siły nieprzyjacielskie opuszczają miejscowość i przechodzą przez most na Bugu dowódca, którym w zastępstwie Szmidta jest teraz Piotraszewski nakazuje ponowne natarcie na Skrzeszew. I znów historia się powtarza Rosjanie po próbie obrony, po raz kolejny rzucają się do ucieczki w kierunku silnie obsadzonego mostu, inni kapitulują. W pogoni za uchodzącymi Polacy zajmują okoliczne wzgórza górujące nad przeprawą we Frankopolu.

Nadchodzi znakomita pora na wykorzystanie pozostawionych przez bolszewików w Skrzeszewie dział. 

Działa na most

Na szczęście w oddziale znajdują się ludzie obyci w prowadzeniu ostrzału artyleryjskiego. Całością operacji kieruje tym razem chorąży Sukiennicki. To on instruuje kolegów jak założyć zabrane wcześniej zamki do armat. Potem przychodzi pora na ich ustawienie i załadowanie, kiedy wszystko jest już gotowe działa dają ognia wywołując nie lada zamieszanie, a wręcz panikę wśród jednostek sowieckich ochraniających most na Bugu. Amunicji jest w bród więc Sukiennicki po raz kolejny każe załadować i znów daje się słyszeć huk, a w oddali widać ślady niszczycielskich wybuchów. Oprócz tego ułani prowadzą skuteczny ostrzał przeprawy z broni ciężkiej i ręcznej. Na skutki takiego prowadzenia walki na odległość z wykorzystaniem zdobytego sprzętu nie trzeba długo czekać. Dowództwo sowieckie nie wiedząc, że w dalszym ciągu ma do czynienia jedynie z nielicznymi kawalerzystami z jazdy majora Jaworskiego postanawia nie zwlekać i podpala most na Bugu by uniemożliwić Polakom przejście na drugą stronę rzeki. Tym samym odcina część swoich jednostek znajdujących się jeszcze po tej stronie Bugu od możliwości połączenia się ze swoimi. W szeregach polskich widzących płonący most i ciemne chmury dymu widać mieszane uczucia. Wielu żałuje, że nie udało się utrzymać go aż do naciągnięcia głównych sił. Jednak i tak sukces zagonu jazdy Jaworskiego wydaje się niekwestjonowany. Któż bowiem mógł przypuszczać, że kilkuset żołnierzy zdoła powstrzymać swobodne przejście kilkunastotysięcznych kolumn Rosyjskich i wreszcie skutecznie je zahamuje.

Strategiczny sukces

W bitwie pod Skrzeszewem i Frankopolem Polakom udała się rzecz wręcz niemożliwa z wojskowego punktu widzenia. Osiągnięto zakładane cele strategiczne przy znikomych stratach własnych wynoszących kilkudziesięciu zabitych i rannych tj. odcięto drogę odwrotu częściom 8, 10, 57 dywizjom sowieckim, które Rosjanie musieli skierować inną drogą przez Nur i Granne. Do niewoli wzięto ponad tysiąc żołnierzy nieprzyjacielskich, kilkanaście armat, karabiny maszynowe, tabory z zaopatrzeniem oraz dwa sztandary bolszewickie. Równocześnie atakująca wówczas z grupą jazdy majora Jaworskiego 1 Dywizja Piechoty Legionów zajęła wtedy po zażartych walkach Drohiczyn.

Pamięć o tamtych wydarzeniach długo trwała w okolicy pomimo skutków wprowadzenia w Polsce systemu komunistycznego i staraniom aby tą część historii Polacy jak najszybciej zapomnieli. Kiedy tylko nadarzyła się sposobna okazja powrócono do staranie pielęgnowanej tradycji. Miejscowej szkole w Skrzeszewie nadano bowiem uroczyście 3 października 1999 r. patrona, którym został oczywiście „19 Pułk Ułanów Wołyńskich”.Także na miejscowym cmentarzu pozostał ślad po tamtych bohaterskich zmaganiach z sowiecką nawałą. Jest nim pomnik wystawiony ku czci poległych w tamtej bitwie ułanów z jady majora Jaworskiego.

DARIUSZ KOSIERADZKI 

fot. Dariusz Kosieradzki

mapki i ilustracje zbiory własne 

 

 


 


 

Poprawiony (sobota, 18 września 2010 09:02)

 
Więcej artykułów…